piątek, 12 lipca 2013

Rozdział dziewiąty

Justin's POV

-Fredo, idziemy.-powiedziałem do przyjaciela, a on spojrzał na mnie pytająco.
-Gdzie do cholery? Co ty chcesz zrobić? Nawet nie wiesz gdzie ona jest!
-To co? Mam tu siedzieć bezczynnie jak jakaś ciota i jebać to że moja dziewczyna może w każdej chwili zginąć bo "nie wiem gdzie jest?!'' Do wiem się tego sam.
-Justin nie pierdol głupot Wiesz że zawsze będe twoim przyjacielem i ci pomogę.
-Tsa... To jak będziesz łaskaw do kurwy nędzy pomóż mi i w tej sprawie. Lilly jest dla mnie najważniejsza.

Alfredo już nic nie powiedział. Wskazał palcem na drzwi i dał mi wyrażnie do zrozumienia że gdzieś jedziemy.

Wsiadłem do jego samochodu. Było to nowe, czarne Porsche. Zapiąłem pas i zapytałem czy powie mi wreszcie gdzie jedziemy. On tylko odpalił papierosa i się nie odezwał.

Lilly's POV

Jestem tu zaledwie kilka godzin a boje się bardziej niż przez te kilka miesięcy z Jackiem.
życie przebiegło mi przed oczami. Pamiętałam wszystko. Ale najbardziej dzień mojego samobójstwa.
Łza spłynęła po moim zimnym policzku.

Wyjęłam spad koca telefon który dostałam od tej kobiety. Chciałam zadzwonić do Justina, ale nie znałam jego numeru. Kiedy go odblokowałam zobaczyłam zapisany numer Justina.

*To nie są przypadkowi ludzie. Oni go znają. Oni wiedzą o nim coś czego ja nie wiem. Oni chcą mnie zabić. Chcązabić mnie i Justina. Teraz to wiem. Nie moge dopuścić do tego żeby Justin mnie znalazł. On musi żyć.*

Nacisnęłam jednak zieloną słuchawkę i usłyszałam sygnał łączenia.
*HALO?*
Jego miękki zatroskany głos był taki delikatny i przyjemny. Lagodził każdą ranę na moim sercu.
-Justin. Nie szukaj mnie.
*ŻE CO?! LILLY CO TY PIERDOLISZ?!*

Nie wytrzymałam dłużej. Rozłączyłam się i zaczęłam płakać jak małe dziecko.

Justin's POV

Cały blady osunąłem się na fotelu samochodu i nie wiedziałem co mam teraz robić. Mam jej posłuchać i zostawić ją tam? Czy ja jestem jakiś pojebany? Jezu daj mi siłę żebym zaraz czegoś nie rozpierdolił bo teraz jestem zdolny tylko do tego.
Alfredo słyszał naszą rozmowę. nic nie powiedział, ale znałem go na tyle dobrze że wiedziałem co teraz myśli.
Wcisnął pedał gazu jeszcze mocniej. Jechaliśmy już bardzo szybko. W końcu Fredo się do mnie odezwał
-Justin.
-Co?
-Otwórz schowek.
-Po jaką cholere?
-Otwórz go!!
-Okey okey..
Ze schowka wyjąłem dwa pistolety. Moja stara broń... Więc to tutaj Alfredo ją trzymał.
-Teraz pojedziemy w pewne miejsce. Myśle, że jeszcze pamiętasz jak to obsługiwać?- spojrzał na mnie i wskazał na broń.
-Stary, to jest jak jazda na rowerze. Tego się nie zapomina.

Dotarliśmy na miejsce. To nie był żaden stary magazyn. To była stara restauracja.. Od razu ją poznałem.
Weszliśmy do środka. Alfredo podszedł do znajomej nam dziewczyny i zaciągnął ją na zaplecze. Kiwnął głową że ja też mam iść.
-Co tu robi nasz Justinek? Czyż nie powinieneś być w psychiatryku kotku?
-Zamknij się suko!- rzuciłem jej ostre przenikliwe spojrzenie
-Ałć, to bolało skarbie.
Teraz nie wytrzymałem. Jednym ruchem wyjąłem pistolet i przystawiłem jej go do podbródka.
-Jeszcze jedno słowo a cię kurwa zabije!
-Justin uspokój się! Jak ją zabijesz nic nam nie powie!- zaczął Fredo łagodnym ale zdecydowanym tonem.
-A powiesz nam wszystko, prawda Debby?- zwrócił się do dziewczyny z takim jadem w głosie że mógłby ją nim zabić.
-Zależy co chcesz wiedzieć.. No i oczywiście to będzie kosztowało..
-Kosztowało?! Ciesz się że jeszcze żyjesz! Tamtej nocy mogłem cię zajebać jak psa i nie patrzeć na twojego bachora!- Moja frustracja zaczęła wychodzić na zewnątrz.
-Pamiętaj, że to był bachor twojego kumpla! To on mnie zgwałcił jak zwykłą dziwkę i zostawił!

 Nie chciałem jej już słuchać. Debby to była dziewczyna Chaza. On wcale jej nie zgwałcił. Wpakowała mu się do łóżka kiedy ten był najebany w trzy dupy bo liczyła na wielką miłość kiedy zajdzie z nim w ciąże. Niestety się pomiliła. On nic do niej nie czuł. Nigdy. Nigdy nie dawał jej żadnych nadzieji... ale ona była głupia.

-Dobra mówcie o co wam chodzi. Muszę wracać do pracy.
-Chodzi o moją dziewczynę. Porwali ją może wiesz coś na ten temat?
-Uuuu. Bieber ma dziewczyne no no gratuluję. Ta laska musi być naprawdę pojebana że jest z tobą.- Rzuciłem jej ostrzegawcze spojrzenie.- Dobra już nic nie mówie. Zobacze co da się zrobić. Pomoge wam. Ale wy pomóżcie mi. Prosze. Mój synek jest poważnie chory. A ja nie mam kasy. Pracuje tu za marne grosze i nie stać mnie na leki dla niego. Tylko o to was proszę. Ja wam pomogę. Ale obiecajcie że wy pomożecie mi.
Szczerze? Szkoda mi jej było. Miała dopiero 19 lat i takie problemy... chociaż ja byłem jeszcze młodszy kiedy zaczęła się moja kariera.. Pomoge jej. Pomimo tego co zrobiła. Zrobie to dla małego Andy'iego nie dla niej.
-Dobra pomoge ci.
-Dziękuje Justin i... przepraszam.

Lilly's POV

Kolejny dnień... nawet nie wiem jaka dziś pogoda... co się działo na świecie... co robił Justin... Słony płyn znowu zaczął ciec po moich policzkach.

Moje rozmyślanie przerwało głośne skrzypnięcie drzwi. Znowu ta sama kobieta. Dzisiaj miała na sobie. Czrne szpilki, obcisłe jeansy i czarny top. Bałam się jej. Ona jednak usiadła koło mnie i objęła mnie ramieniem.
-Nie bój się wszystko będzie dobrze.

~~~*~~
Myśle że ten rozdział takze się wam spodoba. Kolejny już w poniedziałek . Zapraszam do czytania i komentowania ;)

środa, 10 lipca 2013

Rozdział ósmy

Justin's POV

W końcu byliśmy razem w domu. Lilly oglądała wszystko uważnie. Chyba jej się tu podobało.
Dochodziła godzina 17, więc Lilly zaproponowała zrobienie kolacji. Podobno była cudowną kucharką. W mojej kuchni czuła się bardzo swobodnie. Dobrze, że przed powrotem do domu zrobiliśmy małe zakupy, bo Lilly zrobiła znakomitą zapiekankę makaronową.
-Justin! Kolacja gotowa.
Kiedy tylko usłyszałem jej głos natychmiast zerwałem się z kanapy i popędziłem do kuchni. Podszedłem do Lilly i delikatnie objąłem ją w pasie, składając na jej policzku pocałunek.
-Pachnie przepięknie, skarbie.

Po zjedzeniu kolacji położyliśmy się razem na kanapie i oglądaliśmy telewizję. Kiedy czułem oddech Lilly na swojej klatce piersiowej czułem się wolny. złapałem ją za ręke i splotłem nasze palce. Przymknąłem oczy i zasnąłem.

Kiedy się obudziłem Lilly przy mnie nie było. Pomyślałam że poszła do toalety. Powynosiłem talerze do kuchni i poszedłem do sypialni.

Lilly's POV

Justin tak słodko spał. Ukradkiem wyślizgnęłam się z jego objęć żeby iść do toalety i sprawdzić coś na tarasie. Miałam wrażene że ktoś tam był ale to pewnie tylko ze zmęczenia. Jednak wolałam zobaczyć co tam się dzieje.

-Jest tu ktoś?
Nikt jednak nie odpowiedział. Kiedy miałam wejść już do domu, poczułam jak coś twardego uderza mnie w głowe a ja padam nieprzytomna na ziemie.



Następnego dnia rano obudziłam się na kanapie w jakimś starym magazynie. Miałam na sobie tylko bieliznę. Byłam przerażona. Nie wiedziałam gdzie jestem i co stało się niedawno. Marzyłam tylko o jednym. Żeby znowu wrócić w objęcia Justina.


Justin's POV

Kiedy rano się obudziłem Lilly nadal nie było. Myślałem że wyszła, ale kiedy dzwoniłem do niej cały dzień nie odebrała.

Zadzwoniłem szybko do Alfredo żeby mu o tym powiedzieć. Fredo był moim starym dobrym przyjacielem. Teraz tylko on mi pozostał. To on zajmował się moim domem kiedy ja byłem w ośrodku. Był dla mnie jak brat.

*HALO?*- Usłyszałem głos w słuchawce
-Cześć stary, to ja Justin. Mam mały problem przyjedż jeśli możesz.- mój głos był roztrzęsiony i Fredo zaraz to wyczuł.
*JUŻ DO CIEBIE JADE*

Był u mnie za jakieś 10 minut. Przybiliśmy sobie piątke i usiedliśmy razem na kanapie. Wtedy ja dostałem sms-a. Wyjąłem mojego blackberry i odczytałem jego treść na głos.
 OD: NUMER ZASTRZEŻONY
*mam to, co dla ciebie najważniejsze. Chcesz ją jeszcze zobaczyć? To ją znajdż*

Momentalnie zakręciło mi się w głowie, ale zaraz się opamiętałem i poczułem jak wszystkie kolory ze mnie odchodzą. Do jasnej cholery co to ma znaczyć? Czy to jest kurwa jakiś żart?
Zaraz dostałem kolejnego sms-a.
OD: NUMER ZASTRZEŻONY
 *Jeżeli zawiadomisz policje, znikniemy. A ona razem z nami. Zobaczysz ją już tylko na zdjęciach. Jej zmasakrowane ciało. Widzimy wszystko co robisz ty i twoi znajomi. Uważaj, bo nie będzie drugiej szansy*

To nie był żart. Ktos porwał Lilly. To wszystko moja wina! Moja i tylko moja. Po co wtedy się w to pakowałem... Moja rodzina też by żyła.

Lilly's POV

Było mi coraz zimniej.
Nagle usłyszałam skrzypienie drzwi. Ktoś wszedł do środka. Była to kobieta. Podała mi koc i coś ciepłego do jedzenia, a co najważniejsze telefon
-Możesz zadzwonić.-Powiedziała kobieta szorstkim głosem
-Ale, gdzie ja jes...- Kobieta wyjęła pistolet i przystawiła do do mojej głowy.
-Dzwonisz czy chcesz już go nie spotkać? Ale dam ci dobrą rade dziecko, Lepiej go zostaw. On potrafi zrobić jeszcze większą krzywdę niż my...

~~*~~
Przepraszam że tak długo nie dodawałam nowego rozdziału. Mam nadzieje ze ten wam sie spodoba. Kolejny postaram dodac się jescze w tym tygodniu ;) Miłych wakacji #muchlove